Pytanie o portret


halinopoświatowskie

List-opowiadanie

Każde dzieło nosi na sobie piętno, odcisk osobowości jego twórcy.

Pytanie, na które udzielenie odpowiedzi w tej chwili nie było w zasięgu jego możliwości: Dlaczego po raz drugi, w ciągu zaledwie tygodniowej znajomości z Nią, miał moralniaka, tym razem takiego prawdziwego, przykrego i przygnębiającego jednocześnie? – nie dawało mu od kilku dni spokoju. Podobnie bez rezultatu poszukiwał logicznego wyjaśnienia upartej wędrówki po blacie komody czarnej figurki maszkarona. Zadręczał się tym codziennym rozmyślaniem nad sensem.

Mógłby sobie w nieskończoność powtarzać: ludzie piszą, Pan Bóg mejle nosi. Pewnie jest w tym jakaś racja. Tak jak i w tym, że w tyglu światowej kultury jest również i Amor. Tyle że dziś strzały już całkiem pozametafizyczne, współczesne, internetowe. Podobno ten uskrzydlony brzdąc czasami trafia, skonstatował, tak z westchnieniem ożywienia, jak ze wzrastającą rezygnacją.

Mniejsza z tym. Był facetem. Nie jakimś tam nadymanym macho, tylko najzwyklejszym, niewyróżniającym się z tłumu przechodniów, gościem, no, chyba że kilkudniowy, bardzo szpakowaty już zarost i kurtka moro, w jakiś sposób go wyodrębniały. Był tak bardzo hetero, że woń kobiety wyczuwał z odległości tysięcy mil. Nie każdej kobiety, na szczęście. Rzadko której. Wyjątkowej. Reszta, to na ogół codzienne, tak przez matrony – jedyne-posiadaczki-licencji nielubiane, wzrokowo-węchowe erotyczne fascynacje, bez których żaden normalny psychicznie i zdrowy fizycznie mężczyzna przecież nie istnieje.

To poważniejsze, to zapewne feromony – eteryczne substancje magiczne. Jeśli faktycznie, to dlaczego jednych nie odbiera się z odległości kilkunastu centymetrów, inne potrafią zabić, w bezpośredniej bliskości wywołując skomplikowane reakcje alergiczne, jeszcze inne, z końca świata docierające, wprowadzają w stan irracjonalnego, ekscytującego oszołomienia, wywołując u zaatakowanego lawinę mniej lub bardziej poważnych i przemyślanych zachowań? Biologia z chemią miałyby tu coś do wymądrzania. Psychologia pewnie też. Ale zwalając wszystko na te nieszczęsne feromony, to tak, jakby “dajcie mi człowieka, paragraf się znajdzie”. Nieludzko obrzydliwe pozbycie się problemu, poprzez jednokierunkowe zaangażowanie sił i środków.

Cogito ergo sum. Znał to z okresu pierwszych fascynacji miłosnych. Dlatego teraz był w stanie jednoznacznie wskazać palcem na swój zwichrowany charakter: ni to rozkapryszonego małolata, ni to narcyza, ni wiecznie niezaspokojonego samca. Niezły pasztet w mejlach jej podrzucił, trzeba przyznać. Kroić go, by spróbować, czy w całości wyrzucić? – oto dylematy. A jeśli dobry? No to prawie już rozpoczęte pączkowanie kolejnego moralniaka, z przerzutami na następne pokolenia. Dla niej tym razem. Alternatywą, bycie króliczką doświadczalną.

Homo sum, to najważniejsze. Był. Z wszystkimi wadami gatunku. Sekcja możliwa do przeprowadzenia, w celu zebrania niezbitych dowodów, ale tu właśnie króliczka rozpaczliwie zamerdała ogonkiem. Nie chce być futrzaczkiem? Potraktować jako aksjomat! Albo nawet i dogmat, co o tyle wygodne, że jednoznacznie ucina wszelkie odgałęzienia, dławi w gardle najdelikatniejsze pytania, niweluje jakiekolwiek wątpliwości. W przypadku aksjomatu natomiast, możliwości są dwie: pierwsza, sprowokować do samoczynnego dostarczenia obciążających dowodów, druga – pogonić na zbity pysk! To samo z wariantem dogmatu. Miłosierdzie – dla błądzących. Hochsztaplerów – bez litości!

Dowodów, dostarczonych w krótkim czasie, cała sterta, jakby z jakiej hurtowni dowodowej. Wiedziała, że warto zweryfikować, poszperać tu i tam, powprowadzać hasełka do wyszukiwarek. A nuż, widelec? Efektami, jeśli po jej najczarniejszej myśli, sypnąć w paskudne samcze ślipia i zostawić dziadostwo na pożarcie psom. Hańba!

Zagłębiając się w tę stertę, przeczuwała też, że prawdziwy problem zrodzić się może dopiero wtedy, gdy będzie miała do czynienia z prawdą, z oryginałami – niektóre mogą być nawet w jakiś sposób poświadczone. Z czymś tak naturalnym, jak wschodzące słońce, jak rozkwitająca polska wiosna, jak bijące serce. Gdzie się wtedy ukryć ze skazą niewiary? Skąd piasek, by bodaj głowę, naznaczoną nieufnością do niego, schować? Dokąd wzrokiem uciec, co nie wyrażał uznania?

Wiedziała ona, wiedział on, wiedzieli oboje, zamknięci każde w swoim kokonie, że pisać, podobnie jak śpiewać, każdy może. Każdy żywy i najlepiej przy zdrowych zmysłach, żeby dodatkowego chaosu nie wprowadzać do czasoprzestrzeni. Każdy fizycznie na tym padole obecny, w myśl powiedzenia – tu z zaświatów przyjaźnie kiwa ręką jego ulubiony felietonista z dawnej Rzepy – “Jestem, więc piszę”. Ale odwrotnie też dobrze brzmi: Piszę, więc jestem. Nawet lepiej! Lepiej, bo samego piszącego utwierdza w przekonaniu, że tu oto, trzymając w ręku pióro, grając na klawiaturze kompa, naprawdę JEST.

To, co warte może być owo pisanie, to w zasadzie chwilami mało istotne, czy to dla rozwoju ludzkości, czy dla jakiejś lokalnej gromady, czy samej wielkiej literatury wreszcie. Tam, gdzie jest człowiek i jego pasja, gdzie ktoś bliski wzruszony, tam jest harmonia, tam miłość, tam problemy spokojnie drzemią. Tam nikt nikogo nie pyta o preferencje, nikt nikomu w metrykę nie zagląda, nie zakreśla ukradkiem kółek na czole. Wystarczy, że biją serca, że płomień chybocze, że coś jest przed, oprócz tego, co za. Wystarczy, że się wie, że życie, to największy skarb. Aktywne, przede wszystkim, życie. Twórcze.

Podesłał jej więc w natchnieniu następne dowody samokrytyki – wóz albo przewóz, kładę wszystko na jedną szalę – pomyślał, i natychmiast szala skojarzyła mu się z Temidą, Temida z Artemidą – w takim zakręceniu nie pamiętał się, odkąd tu przybył kilka lat temu.

Dodatkowe dowody nie były wielkiej wagi, ot, autoironiczne fraszki zrodzone w czasie ostatnich burz emocjonalnych, kiedy to musiał odganiać napierające wzburzone fale wszelkich wątpliwości, kiedy musiał dziesiątki razy dziennie, a czasami i w majakach sennych, przekonywać sam siebie o słuszności kroczenia najnowszą ścieżką, która tak jasna i prosta wydawała się jeszcze w fazie przedrealizacyjnej. Co osiągnął tym ostatnim rzutem na taśmę? Jeszcze większy chaos w głowie i… ciszę. Niepokojącą ciszę po tamtej stronie dzielącej ich światy przepaści. Ciszę grobową. A takiej ciszy nienawidził, jak mało czego. Tej ciszy wrzeszczącej obojętnością, ciszy wykazującej różnicę stanów, wyorującej nieprzekraczalne granice przyzwoitości. Albo też subtelnie perswadującej, niemalże chwilami błagającej o prawo do odrębności, do świętego spokoju, do celebrowania własnych misteriów. Ale on tego nie mógł wiedzieć, no bo i skąd? Zaślepiony osobistym cierpieniem, skupiony nad powtarzaniem własnych mantr, niepróbujący połączyć na powrót, przeciętej jednym cięciem ostrego jak skalpel słowa “kobieta”, aorty łączącej poznanie ze zrozumieniem, zapadał się powoli w sobie pod przygniatającym ciężarem pytania: dlaczego?

Po trzech dobach marszu figurka maszkarona zbliżyła się do skraju blatu komody.

Londyn, sobota, 25 września 2010 r.
WaszeR Londyński
Rocznik 1953, wykształcenie techniczne pożarnicze. Wypalony zawodowy strażak, epizodyczny nauczyciel, niespełniony matros i aktywny w dalszym ciągu budowniczy Londynu. Amatorsko obserwator, pochłaniacz i przetwórca wszelkich zjawisk przyrodniczych, zwłaszcza tych zachodzących w przyrodzie ludzkiej. Nieśmiały satyryk z ambicjami. Totalnie niedouczony we wszystkich dziedzinach. Pracuje nad sobą. Używa także pseudonimu RKPainter. Nie chce dekonspirować pełnych danych.

This entry was posted in Uncategorized. Bookmark the permalink.

5 Responses to Pytanie o portret

  1. WaszeR Londyński says:

    Odautorski komentarz do zdjęcia.

    A właściwie do zamieszczonego fragmentu twarzy, a konkretnie oczu. Czynię to z obawą, bo to kolejne piękne kobiece oczy na stronie, ale tak cudownie i trafnie ilustrują mój tekst, dodając mu uroku…

    Oczy trochę takie “halinopoświatowskie”… Odrobinę smutne, lecz ciepłe. Głębokie. Niepokojące tą ciut zamgloną głębią, z iskierkami w niej radości i w źrenicach, i w kącikach oczu, i zjeżdżających grzbietem nosa i rozpływających się ku wypiętrzonym nieśmiałym ćwierćuśmiechem policzkom, aż do łuków okalających kąciki ust. A może to nie radość, tylko światło? Jestem malarzem.

    Piękne i prawdziwe oczy z kodem. Czyjeś…

  2. Kasia says:

    wszystko przez ten trzydniowy zarost i kurtkę moro

  3. WaszeR Londyński says:

    Podpis pod zdjęciem pojawił się po moim komentarzu, a ja mam patent. Ale dzięki, bo kto znał Halinę Poświatowską, może odnieść podobne wrażenie.

    Co do trzydniowo zarośniętego moro, mam wątpliwości.

  4. Kasia says:

    Rzeczywiście, masz patent. A kto znał Halinę?
    Zdjęcie “halinopoświatowskie” jest po prostu niezbyt dobre, z dystansu wszystko wygląda inaczej. Co do zarostu i moro ja jestem pewna.

  5. ghost says:

    No, niezłe te “preferencje”…

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s