ogórki, pomidory i takie tam…


             

Czasem trzeba się jednak od czytania oderwać i pomyśleć o czymś bardziej przyziemnym, jak na przykład jedzenie.  Tym bardziej, że czas na przetwory. Postanowiłam w domu urządzić spiżarnię, więc Dziecko wysłałam do Zakopanego, siedzę w kuchni i pakuję do słoiczków, co tylko się da. Podobno już starożytni Grecy przyrządzali marmolady, ale marmoladę taką, jaką znamy dzisiaj zawdzięczamy szkockiemu sklepikarzowi Jamesowi Keillerowi z Dundee, który żył w XVIII wieku. Otóż kupił on pewnego dnia po okazyjnej cenie przybyły z Sewilii transport gorzkich hiszpańskich pomarańczy i żeby je w ogóle sprzedać musiał je “jakoś” przerobić. I tak przez przypadek :) wymyślił marmoladę.

 

Konfitury natomiast… No cóż, pierwsza wzmianka pojawiła się ok. 1340 roku we Francji. Cukier był wtedy kilkanaście razy droższy od miodu, więc i konfitury stanowiły rarytas dostępny tylko dla najbogatszych. Na początku przechowywano je w drewnianych pudłach, a później pakowano w kryształowe naczynia i wręczano jako ekskluzywny upominek.

 

Nasza królowa Jadwiga częstowała swoich gości smażonymi w miodzie owocami, a Mikołaj Rej zachwycał się powidłami.

A tak o owocowych deserach pisał w XVIII wieku Jędrzej Kitowicz, polski historyk, pamiętnikarz i ksiądz:

Do zjedzenia stawiano po brzegach taflów w małych karafinkach rozmaite konfitury mokre: wiśnie, porzyczki, agrest, śliwki czarne, śliwki zielone, orzechy włoskie, a przy taflach na farfurkach stawiano konfitury suche, jako to: gruszki w cukrze smażone, migdały cukrem białym oblewane i karulek takimże sposobem; lody cukrowe, to jest masy cukrowe z śmietany, malmów albo innych soków zimnem stężonych w figury rozmaite: melonów, harbuzów etc. kunsztem cukiernickim utworzone, i galarety z rosołu mięsnego i cukru składane, biszkokty, makaroniki, pierniczki i frukta świeże ogrodowe. Takie tedy cukry z talerzami dopiero wymienionymi, czyli farfurkami, zastępowały środek stołu na pięć ćwierci łokcia; na reszcie pozostałego placu stawiano potrawy i talerze do jedzenia. Takowych cukrów nie zażywali do każdych stołów, chociaż wielkich, ale tylko w dni osobliwszej jakiej gali.
Przydawali także do cukrów wiersze rozmaite w różnej imaginacji pisane, te – geniusze albo kolumny, lub facjaty bram utrzymowały. Służyły ony najwięcej do wypicia kielicha wina za zdrowie uroczystującej osoby lub aktu. Takich wierszów rzadko używano w Warszawie, najwięcej po trybunałach i domach wielkich panów, lubiących się popisować nie tylko z dobrym winem, ale też i z rozumem, chociaż nie u jednego było wino jego własne, lecz wiersze cudze, najczęściej jezuickie albo pijarskie.

Rozczuliły mnie te karafinki, porzyczki, harbuzy, karulki i farfurki. Wierszy podawać dzisiaj nie będę, ale jak zwykle – polecam coś do poczytania:

Wielkie sławy i zapomniane nazwiska, głośne wydarzenia i drobne epizody, to, o czym zapomnieć nie sposób i o czym zapomnieć się nie chce – w pełnej ciepła, nostalgii i humoru gawędzie Czesława Miłosza.

“Niczego nie zmyślam, opowiadam tylko to,

co widziałem na własne oczy

i słyszałem na własne uszy”.

This entry was posted in O. Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s