PIĘKNE ŻYCIE BEZ PIENIĘDZY


Jak bez grosza stać się bogatym

(Die Kunst des stilvollen Verarmens. Wie man ohne Geld reich wird)
Przełożył z niemieckiego Maciej Misiorny

wydanie I
oprawa miękka 204 s.
ISBN 83-06-03016-8

Kiedy kończą się pieniądze i trzeba zacisnąć pasa, dobrze zajrzeć do książki Aleksandra von Schönburga. Z niej można dowiedzieć się, że jadanie w restauracjach jest dowodem drobnomieszczaństwa, wakacje na Majorce ogłupiają, a drogie samochody jako oznaka statusu to żenujący przeżytek.
Jak kłopoty finansowe przekuć na intelektualne korzyści? Autor, potomek znakomitego arystokratycznego rodu od stuleci praktykującego finansową degradację, z całą pewnością wie coś o tym. Jego ironiczny poradnik szczęśliwego życia bez grosza przy duszy to owoc połączenia osobistych doświadczeń, mądrości filozofów i błyskotliwej refleksji nad konsumpcyjnym stylem życia dzisiejszych Europejczyków. Czy musimy ubierać się w Versace, żeby być szczęśliwym? Czy potrzebna nam do tego świetnie płatna i nobilitująca praca? Alexander von Schönburg w sposób tyleż zabawny, co inteligentny, pokazuje, że poza atrybutami szczęścia, które można mieć za pieniądze, są jeszcze takie imponderabilia, jak niczym nieuzasadnione dobre samopoczucie, inteligencja, dowcip, dobry gust, a także poczucie przyzwoitości.

Alexander von Schönburg (ur. 1969) dziennikarz niemiecki, pracował m.in. dla „Esquire”, „Die Zeit” i „Vogue’a”. Był redaktorem berlińskich stron „Frankfurter Allgemeine Zeitung” i felietonistą „Süddeutsche Zeitung”. W 2003 ukazała się jego książka Der fröhliche Nichtraucher (Radosny ex-palacz), która stała się w Niemczech bestsellerem, podobnie jak jego drugi tytuł Die Kunst des stilvollen Verarmens (Piękne życie bez pieniędzy). Obecnie jest redaktorem naczelnym niemieckiego pisma „Park Avenue”, mieszka w Poczdamie.

fragment

URLOP OGŁUPIA
Argumenty przeciw wyjazdom wakacyjnym

Oto, czego dowodzą najnowsze badania: prawie każdy wraca z urlopu głupszy. Każdy, kto przez trzy tygodnie odpoczywa, zapominając o rozrywkach intelektualnych, bardzo się po powrocie zdziwi. Rozwiązując test na inteligencję, będzie miał o 3 procent gorszy wynik niż przed urlopem. Co za koszmar, jeśli należymy do elity podróżującej dla relaksu dziesięć razy w roku! Policzmy: pod koniec sezonu mamy za sobą wiosnę na Capri, lato w Porto Cer-vo, jesień w Marbelli, zimę w Engadynie i o 30 procent niższy IQ. Ale przecież podróże w dalekie kraje, słodkie życie na plażach, statki i luksusowe hotele, wreszcie egzotyczne drinki przy basenie są tak pociągające! Dlaczego? To sprawka przemysłu turystycznego, który zaszczepił nam przekonanie, że podróże są wykwintne i wysoce pożądane.
     Turystyka, odkąd istnieje (po raz pierwszy odnotowano to słowo w słowniku w 1810 roku), stanowi przedmiot pogardy. Już Fontane narzekał: „Osobliwością naszych czasów są masowe podróże. Dawniej podróżowali wybrańcy, dzisiaj to zajęcie dla każdego”. Rzecz jasna „starych dobrych czasów” nigdy nie było.
     Nieustanne przemieszczanie się w tę i z powrotem było dawniej zajęciem pielgrzymów, kurierów, przestępców, najemników i handlarzy. Nigdy nie należało do przyjemności, zawsze zaś było niebezpieczne. Zanim człowiek wyruszył w daleką podróż, brał udział w długiej mszy, a żegnając się z bliskimi, wiedział, że może ich nigdy więcej nie zobaczyć. Podróżowanie bez określonego celu, ważnego powodu aż od połowy dziewiętnastego wieku wydawało się absurdem.
     Wycieczki bez celu to wymysł bogatych angielskich paniczyków. Nie pierworodnych, dodajmy. Młodych arystokratów snujących się z książkami po ruinach starych zamków lub drzemiących na polu w krótkich spodenkach postanowili naśladować mieszczanie. To, co nazywamy turystyką, jest konsekwencją uznawanego za światowy, a tak naprawdę groteskowego „globetrottingu” angielskich snobów. Naśladowanie przyjemności dżentelmenów sprzed lat jest głupotą.
     W sercu kenijskiego buszu nad malowniczym jeziorem zamieszkiwanym przez hipopotamy można znaleźć Finch Hutton Lodge, rekonstrukcję obozu łowieckiego angielskiego supersnoba Deny’ego Fincha Huttona: perskie dywany, kryształowe karafki z Bordeaux, mahoniowe stoły w namiocie. Rzeczywistość przedstawiała się zgoła inaczej niż w filmie Sydneya Pollacka Pożegnanie z Afryką, a prawdziwy Finch Hutton w niczym nie przypominał granego przez Redforda dżentelmena, lecz był zniewieściałym ekscentrykiem, który w Kenii zachowywał się tak, jakby był na permanentnych wakacjach. Zdziwaczali brytyjscy dżentelmeni gromadnie podróżujący po dalekich krajach stanowili widomy znak, że najlepsze lata imperium ma już za sobą.
     Co z tego wynikło? Sposób na zabicie wolnego czasu wymyślony przez znudzonych angielskich snobów przeistoczył się z wolna w masową rozrywkę. Dziesięć miliardów turystów rocznie? Liczby mówią same za siebie. Urlop nad morzem stanowi dziś obowiązek. A że morze jest coraz brudniejsze, nie ma w zasadzie znaczenia. Całymi stadami pędzimy z miasta do miasta, od zabytku do zabytku. Tu obejrzymy wieżę, tam ratusz – gnamy, dopóki nie padniemy ze zmęczenia. Wśród przyjemności, na które dobrze sytuowani mieszczanie wydają najwięcej pieniędzy, urlop należy do najbardziej frustrujących.
     Absurdem jest też to, że przez okrągły rok z zacięciem oszczędzamy, by w czasie wakacji wydać wszystko bez namysłu („Kochanie, przecież jesteśmy na urlopie!”). Miło jest się bawić, szkoda tylko, że poziom zadowolenia nie wzrasta odwrotnie proporcjonalnie do zawartości portfela. Choć wprowadzenie euro nieco osłabiło nasz pęd do podróżowania, to jednak w dalszym ciągu główną atrakcją każdego urlopu jest – zobojętnienie. Z łatwością dajemy się złapać w turystyczną pułapkę i ze stoickim spokojem pijemy za granicą paskudne drinki i wina, na które w domu nie chcielibyśmy nawet spojrzeć. Nareszcie możemy cieszyć się luksusem, w końcu mieszkamy w hotelu!
     Wmawianie nam, że hotel to prawdziwy raj i tak właśnie żyje elita, to jeden z chwytów marketingowych. Hotele przez stulecia uchodziły za zło konieczne – zatrzymywał się w nich ten, kto nie miał innego wyjścia. A dzisiaj? Nic się właściwie nie zmieniło. Kiedy więc hotele faktycznie były luksusem? Otóż mniej więcej od roku 1910 do wybuchu pierwszej wojny światowej. Uchodziły wówczas – podobnie jak statki pasażerskie – za nowinkę ciekawą także dla ludzi dobrze urodzonych. Złudzenie, że nocleg w hotelu jest czymś luksusowym, odżyło na początku lat dwudziestych, jednak wraz ze światowym kryzysem gospodarczym 1929 roku ostatecznie się z nim rozstaliśmy. Właściciele sieci hotelowych zadbali, by w każdym zakątku świata hotele były dokładnie takie same. Wszędzie ten sam komfort. Co za nuda! Apartament w Wolfsburgu wygląda tak samo jak w Kuala Lumpur czy Vancouverze i chociaż zaliczono go do klasy deluxe, ma taką samą powierzchnię jak dwójka w pensjonacie w Gum-mersbach. Malutki telewizorek, barek z sokiem jabłkowym i pomarańczowym, piwem, wodą mineralną oraz aspiryną – wszędzie to samo. Nie sposób otworzyć okien, jest za to głośna klimatyzacja. Co więcej, wszędzie oprócz Emiratów Arabskich na telewizorze znajdziemy kartonik informujący, że dostępny jest kanał pornograficzny.
     Gorsze od hoteli w dużych miastach są tylko hotele w miejscowościach wypoczynkowych. Tak mogłoby wyglądać piekło: sztuczny placyk („piazza”) w stylu „wiejsko-włoskim” (chociaż jesteśmy właśnie w Sharm El-Sheikh), przy którym stłoczyły się całodobowe sklepy i restauracje serwujące literalnie wszystko. Dla dzieci są specjalne kluby, organizuje się też wycieczki, tak żeby rodzice mogli odpocząć od potomstwa. Placyk pomyślano tak, że gość – jeśli akurat nie bierze udziału w zorganizowanej wycieczce – nie ma ochoty go opuszczać ani na chwilę. Natomiast szefowie kompleksu są usatysfakcjonowani, że udało im się stworzyć cudowną, nierealną rzeczywistość.
     Jeśli chcemy odseparować się od świata, powinniśmy wziąć udział w rejsie. Tego typu podróż to urlop klubowy w postaci czystej. Raz wybrałem się w rejs statkiem, który szczęśliwie nie wpadł na górę lodową. Była to słynna „Coral Princess”, a ja znalazłem się na jej pokładzie w celach czysto zawodowych, jako dziennikarz. Ten gigant waży jakieś 120 tysięcy ton rejestrowych – tona rejestrowa to jednostka określająca, ile słodkich potraw może się znaleźć na pokładzie.
     Dla ludzi kochających morze podróż statkiem wydaje się idealną formą wypoczynku. Na pokładzie od rana do wieczora można oddawać się takim atrakcjom, jak śniadanie, obiad, kawa i ciastko, kolacja i jeszcze jedna kolacja serwowana o północy. Dwudziestominutowe przerwy między posiłkami można przetrwać, jedząc batoniki. Przez okrągłą dobę w bufecie znajdziemy oczywiście drinki. Uwaga: to tam właśnie spożywa się 2/3 światowych zasobów żywności w przeliczeniu na kalorie. Przerażające jest to, że trudno z czegoś zrezygnować. W końcu wszystko jest w cenie biletu, zatem wszystkiego wypadałoby skosztować!
     Gdy dobijamy do portu, ważymy już tyle co mały samochód. Cumujemy tam zresztą ledwie trzy, maksimum cztery godziny. Dlaczego? Bo każda minuta spędzona na leżaku na plaży to dla armatora finansowa strata. Goni się więc turystę do autobusu i obwozi po miejscowych pracowniach rękodzielniczych, gdzie rzecz jasna, można się zaopatrzyć w pamiątki. Na Jamajce kupimy to samo, co w Taorminie, a i tak wszystko zostało wyprodukowane na Tajwanie albo w Hongkongu. Na większości dużych statków znajdziemy pola golfowe, baseny i centra odnowy biologicznej. Nikt z nich nie korzysta, ponieważ na okrągło jest otwarty sklep pokładowy, w którym można robić bezcłowe zakupy. Oznacza to, że za rzeczy, których nie potrzebujemy, płacimy trochę więcej niż w supermarkecie, mamy za to tę satysfakcję, że na torbie znajduje się napis „duty free”. Jeśli urlopowicze nie są akurat w pokładowym sklepie albo bufecie, zapewne leżakują na słońcu i kombinują, jak najszybciej dorobić się obowiązkowej opalenizny. Zdaje się, że rejsy stanowią domenę emerytów dlatego, że tylko oni mogą później porządnie wykurować się w domu. (…)

Spis treści

SYTUACJA WYJŚCIOWA
O konieczności oszczędzania

BOHATEROWIE UBÓSTWA
Jak mimo braku pieniędzy zachować twarz

PIENIĄDZE ALBO ŻYCIE
Pracuj mniej, żyj intensywniej

KOCHAJ SWOJE MIESZKANIE
O wartości domu

NAJEDZONY DO SYTA
Jadanie na mieście i inne złe nawyki

FITNESS ZA DARMO
Jak mimo pustego portfela dbać o kondycję

SAMOCHÓD JAKO KOSZMAR
Dlaczego opłaca się nie mieć auta

URLOP OGŁUPIA
Argumenty przeciw wyjazdom wakacyjnym

STARE SZATY CESARZA
Nowobiedacki szyk

KULTUROWA OBSTRUKCJA
Jak zrobić porządek z mediami

DZIECI, DZIECI
O wychowaniu do szczęścia bez pogoni za dobrami materialnymi

IDZIEMY NA ZAKUPY
Jak kupować, by nie zdurnieć

BOGATE BIEDACTWA
O tym, dlaczego pieniądze stoją szczęściu na drodze

CZEGO NIGDY NIE BRAKUJE
O rzeczach, które sprawiają, że jesteśmy bogaci

Słowniczek

http://www.piw.pl/fragmenty/b_pieniedzy.htm

This entry was posted in P. Bookmark the permalink.

4 Responses to PIĘKNE ŻYCIE BEZ PIENIĘDZY

  1. marszoblog says:

    To jest bardzo ciekawe, jako wyznawca zasad spisanych w “Woldenie” popieram pomysł tej książki!
    Dziękuję za odkrycie:)

  2. Kasia says:

    Waldenie. Może warto byłoby go przeczytać w DKK? Myślisz, że spodobałby się moim bibliotecznym dzieciakom?

  3. marszoblog says:

    Jasne, szczególnie eseje poświęcone przyrodzie, fragmnety o mrówkach, o gonitwie za nurem, o zaradności i nonkonfomizmie. Powinno chwycić:)

  4. Kasia says:

    No to wpiszę w plan działania i – dziekuję za pomysł.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s